Fajną notkę miałem o artykule Joanny Bator i co? I myślałem że jest napisana, wyrzuciłem czasopismo z artukułem do którego się krytycznie odnosiłem, a teraz patrzę w wordzie przesłanym sobie z Polski dwa miesiące temu, że właściwie to napisałem byłem tylko początek. I co? Co, zamieszczę. Czytelnicy uwierzą na słowo że to nie był dobry artykuł.
-----

Jestem trochę na urlopie w kraju, i nadrabiam. Trochę bo chociaż obroniłem pierwszoroczny projekt doktorski to robota w dziekanacie jest mi forwardowana regularnie mimo mojej nieobecności w kraju gdzie ów dziekanat wlaśnie. No i jest ślub jeszcze do zorganizowania, spotkania, wybory i zakupy. I gładko tymi zakupami przechodzimy do sedna notki, albowiem mama kupiła mi w Realu czasopismo chyba-kobiece Bluszcz.
Czasopismo Bluszcz jest fajne i idealne do kibelka i będe tu zupełnie niecynicznie szczery w swojej pozytywnej ocenie, bo niezwykle trudno napisać dobrą literaturę łazienkową (nie mylić z wannianą). Wiele dobrych pozycji i jeszcze więcej pozycji niedobrych nie nadaje się do czytania na klopie z powodów różnych – kawałki za długie, za krótkie; treści za głebokie, za lekkie; objętość zbyt duża, okładka za gruba, liternictwo mało wyraźne. W toalecie sprawdzają się zbiory ze Świata Książki których normalnie byśmy nie kupili, jak na przykład „Jak powstał teleskop: niesamowite historie wynalazków”. Sprawdzają się książkowe felietony Kresa, sprawdza się znakomicie kwartalnik „Świat Gier Planszowych”.
Bluszcz również daje radę bo teksty są tu krótkie i składają się z łatwych wyrazów, wywiady są lekkie i krzepiące a żarty rysunkowe i humoreski – nieśmieszne, co jest zaletą o której wiedzą czytelnicy którzy doświadczyli kiedyś niekontrolowanego wybuchu śmiechu podczas numeru dwa. Jednakże byłoby w swej dziesięciozłotowej postaci czasopismo Bluszcz słabym tematem na notkę, i nie wylądowałoby w koszyku Reala do którego włożyliśmy niemiecki żeton który tata otrzymał od bezdomnego w podzięce za umożliwienie mu odprowadzenia wózka ze złociszem dzień wcześniej, gdyby nie obecny na stronie czternastej felieton Joanny Bator.
Do twórczości felietonistycznej Joanny Bator podchodzę z podobną rezerwą jak koleżanka od fantastycznych Wiśni i Izotopów, i podobnie jak ona spotykam się z powodu tej rezerwy z miażdżącymi kontrargumentami trzech kategorii, z którymi się zresztą zgadzam bo rzeczywiście chciałbym być rodzimym specjalistą od różnych dziwnych japońskich spraw. Ale do rzeczy. Felieton zaczyna się mocno bo oto czytelnik zapoznaje się najpierw z tytułem cyklu, czyli MADAME BATOR FLY. I jest to świetny przecież tytuł, i nawiązuje pięknie do Japonii i Japonek które Bator rozumie i opisuje, i do Joanny samej. Gdyby kiedyś pani Joanna zmieniła miejscie docelowe swych trafnych felietonów i szukała nowych tytułów, proponuję skromnie „SOU DA YO-ANNA BATOR” lub „BATORU ROYALE”. Nie ma za co, Joanno.
Tytuł felietonu to „Psy z Jiyugaoki, koty z Fukushimy” i mówi o tym jak Japończycy chowają zwierzęta. Lub, jak mówi subheader:
To, jak traktuje się zwierzęta się zwierzęta, dużo mówi o kulturze jako całości „Kultura jako całość” jest tu, jak domyśla się czytelnik, zwrotem kluczowym. Nie dowiadujemy się co prawda co tak naprawdę on znaczy; służy on raczej geralizacji zjawiska, pokazaniu że to co autorka przedstawia nam o zwierzętach domowych jest tak naprawde cześcią wielkiego niepoznanego orientalnego bezmiaru, chryzantem i mieczy; świata do którego dostęp ma właściwie tylko ona, stwierdzenie jako całość jest więc angielskim „in general”, as in „Artykuł w Bluszczu dużo mówi o Joannie Bator jako całości.”
Autorka kontynuuje:
"Nielic
------
Kończy się tu moje draft-notka, a szkoda. Jak ktoś dysponuje czasopismem to oddam powyższe do dokończenia.